Nie liczy się co autor miał na myśli…


Nie liczy się co autor miał na myśli czyli

 "Tomik myśli pijanych"







Dziś będzie o poezji, a mianowicie o debiutanckim tomiku poezji Karola Michalika "Tomik myśli pijanych". Przyznam, że to moje pierwsze spotkanie z jego twórczością, ale mam nadzieję, że nie ostatnie. Skomponowana w odcieniach szarości okładka krzyczy do czytelnika: „help me”… 
Choć krzyczy to chyba złe słowo. Ona prosi, cichym, zmęczonym szeptem człowieka o ogromnej wrażliwości. 

Tym samym szeptem zdają się być napisane kolejne wiersze wchodzące w skład zbioru. 
I choć sama okładka sprawiła, że oczekiwałam bezbrzeżnego smutku i beznadziei, to w istocie znalazłam o wiele więcej.

Na wstępie autor zamieszcza post scriptum, pod którym ja jako czytelnik podpisuję się całym sercem:

„Nie liczy się co autor miał na myśli tylko co ja czuję czytając dany wiersz”.

Myślę, że tak właśnie trzeba czytać ten tomik: czuciem, wrażeniem, czasem tak ulotnym, że nie sposób zamknąć go w słowach. Choć słowo TRZEBA w przypadku poezji brzmi jak bluźnierstwo. A więc, czytajcie, jak chcecie, czym chcecie i czujcie co chcecie. Bo do tego, moim zdaniem, służy prawdziwa poezja :) 

Opowiem co poczułam ja...

Na przestrzeni całego tomiku smutek miesza się ze wzruszeniem, a z zagubienia i mroku co jakiś czas wychylają się subtelnie promyki nadziei. Mam wrażenie, że utwory wynikają z bardzo osobistych doświadczeń autora, choć momentami czuję, że to ja:

„Kroczę ścieżką, szkłem rozbitym, kamienną drogą.

Drogą przeznaczeń i odwróconych doświadczeń.”

Karol, skąd wiesz?;)

Przeplatają się małe uczucia zwykłych doświadczeń codzienności, złapanych w locie chwil i wrażeń z głębokimi refleksjami o ogólnym sensie czy też bezsensie, o cierpieniu i nadziei, o miłości; autor czasem ze smutkiem, a czasem z ironicznym uśmiechem przygląda się życiu. 
Myśli pijane, czasem wyrzucane chaotycznie, ale czyż nie takie właśnie jest życie?

Nie wiem co autor miał na myśli, ale wiem, że lektura tych wierszy daje mi to poczucie… wiecznej chwili.

„Tomik myśli pijanych” to nie są wiersze o emocjach.

Te wiersze są emocjami.

.

Przeczytaj to i przytul mnie


Przeczytaj to i przytul mnie. 

Tak kończy się książka Małgorzaty Halber "Najgorszy człowiek na świecie". Książka, której nie chciałam czytać, bo miała różową okładkę z lusterkiem, a w Internecie było, że nastolatki sobie wieszają cytaty z niej na ścianach. Ale przeczytałam. I nie żałuję, choć nastolatką już od jakiegoś czasu nie jestem.  

Mówią, że to książka o nałogu. Moim zdaniem to książka o wstydzie, o drodze do siebie, o tym jak być ze sobą i jak do siebie wracać. A także o świecie, który nie pozwala czuć. Świecie gdzie rozgrywa się tysiące małych dramatów, o których może nie będzie książki, ale bolą tak samo. 
O wrażliwości i o tym jak bardzo się czasem nie daje rady. 

Z tyłu książki jest napisane, że Małgosia najchętniej byłaby patrzeniem i słuchaniem. Ta książka pokazuje, że całkiem nieźle jej to wychodzi.


"Czy przypadkiem nie właśnie dlatego nie odzywasz się do ludzi, nie mówisz im o tym, co w tobie najbardziej wstydliwe, czyli o tym, co siedzi najgłębiej, o tym, dzięki czemu jesteś osobą, a nie Robocopem, czy nie przypadkiem właśnie dlatego nie mówisz o tym, bo boisz się oceny? Że jesteś, głupi, słaby i pojebany (...) Ile razy usłyszałeś, że to, co mówisz jest beznadziejne, a ty sam niedojrzały? 

Czy zdajesz sobie sprawę z tego, jak potwornie, powtarzam, potwornie ważne dla poczucia bezpieczeństwa, dla tego żebyś się naprawdę przed kimś otworzył, żeby mogła powstać bliskość, ta, za którą tak płaczesz o drugiej w nocy nad żołądkową, jak ważne jest nieocenianie?"


Przeczytaj to i... no wiesz ;)


Hell Management

II

Szli przez długi, przeszklony korytarz, który zdawał się nie mieć końca. Nowy znajomy Stefana szedł przyspieszonym krokiem, tak że trudno było za nim nadążyć. Stefan wciąż jeszcze nie rozumiał co się dzieje. Zjechali windą na poziom -1. Zaraz po wyjściu z windy oczom Stefana ukazała się ogromna przeszklona sala. Po całej sali w niewielkiej odległości od siebie były rozstawione metalowe kołowrotki, a w każdym biegł mały chomik. Było ich tak na oko z kilka tysięcy. Nie było żadnych klatek, ale wszystkie gryzonie z równą prędkością biegły w swoich kołowrotkach.
- Chomiki?
- Tak. Zostały stworzone według najnowszego projektu naszego Zespołu ds. Zarządzania Subtelnymi Piekielnymi Aluzjami Dla Ludzi Wciąż Jeszcze Próbujących. Projekt się jednak nie do końca udał. Chomiki miały być zesłane wraz z kołowrotkami, aby przypomnieć ludziom o bezsensie ich egzystencji. Ale ludzie nie załapali, zaczęli je karmić, hodować, rozmnażać, wrzucać sobie z nimi zdjęcia na Facebooka. Ludzie nie są zbyt lotni. Gdy przyszedł Instagram zespół zdecydował się nie wysyłać więcej chomików. Te, które tu widzisz to nadprodukcja.
- Będą tak biegać aż zdechną?
- One nie zdechną. To piekło, tu już jest wieczność. Będą tak biegać i biegać. Nikt nie ma pomysłu co z nimi zrobić. Teraz zajmuje się nimi Dział Utrzymania Chomików. A to – towarzysz Stefana wskazał dłonią nadchodzącego osobnika w garniturze - Aleksander, manager ds. utrzymania działu utrzymania chomików.
- Hej – uśmiechnął się przyjaźnie Aleksander. – Mów mi Aleks. Nowy? Jak umarłeś?
- Cegła spadła mi na głowę.
- Hmm, to tak jak asystentce managera ds. analizy prędkości biegania chomików. Ja tradycyjnie na raka. A teraz musze lecieć… Bo czas mnie goni, a mam jeszcze dwa zebrania…
Stefan patrzył zamyślony na odchodzącego pospiesznie nowego trupiego znajomego i zastanawiał się czy czasem mu się to nie śni. Tyle religii na ziemi i żadna nawet przez chwilę nie zakładała, że w piekle jest Dział Chomików.

- Idziemy. Mamy jeszcze sporo do obejścia – wyrwał go z zamyślenia nowy znajomy. – To bardzo zabawne, bo tu jest wieczność, a my i tak się musimy spieszyć. – Chodź, chodź…

cdn...

Hell Management

I

To była jedna z tych głupich śmierci. Takich co to jak człowiek usłyszy to ma ochotę się uśmiechnąć pod nosem, no ale to jednak śmierć, więc nie wypada. Nie w walce za ojczyznę przez duże o czy ściągając kotka przez małe słodkie k z drzewa. Nie w tragicznej katastrofie lotniczej czy na chorobę, na którą nie wynaleziono jeszcze lekarstwa. Nie w imię idei. Po prostu pewnego burzowego popołudnia gdy wracał z pracy cegła spadła na chodnik. A dokładniej na jego głowę. Nie centymetr przed, nie tuż obok. Gdyby spadła obok to byłaby nawet fajna anegdotka. "Stary, jakbym zrobił większy krok to już by mnie tu nie było, czaisz?". No ale zrobił krok taki w sam raz i zabiła go cegła. Cegła, która pewnego dnia postanowiła pieprznąć go w głowę.

To był jeden z tych głupich ludzi. Takich co to jak człowiek zobaczy to ma ochotę szturchnąć, ale to jednak człowiek, więc nie wypada. Nie naukowiec, lekarz czy wolnomyśliciel. Nie buntownik-idealista, nawet nie alkoholik. Taki tam zwykły pracownik biurowy o imieniu Stefan. Do wystroju biura pasuje jak ulał, podobnie jak wytarty chodniczek, niszczarka do papieru czy dziurkacz. Stefan urodził się do bycia pracownikiem biurowym, takim co to się nie nigdy wychyla. Obsługę urządzeń biurowych wyssał z mlekiem matki.  

Stefan nigdy nie wierzył w życie pozagrobowe. Zaraz po tym jak dostał cegłą przekonał się, że to był błąd. Przed oczami zrobiło mu się ciemno. Już wiedział, że umiera, więc czekał na ten film o własnym życiu, który zaraz mu przeleci przed oczami, ale nic takiego się nie zdarzyło. Po ciemno zrobiło się jasno, potem znowu ciemno, a potem znowu jasno. Kolorowo. Ciemno. Jasno. Widać światło, ale tunelu nie. Znowu jasno. Stefan dalej ma oczy. Rzęsy też ma, bo jedna właśnie wpadła do oka, ale rzęsa w oku to nie jest największy problem osoby, która właśnie dostała tak, że umarła. Ale uwiera tak samo. Stefan odruchowo pociera oko. Czyli ciągle ma ręce. To skąd wie, że umarł? Może nie? Rozgląda się. Nad swoją twarzą widzi jakąś inną, obcą twarz.
-Co się tak pociera?
-Rzęsa mi wpadła do oka..
-To po co tyle zachodu, daj. 

Nieznajomy sięga do oka Stefana, wyjmuje je, wyciąga zieloną, haftowaną chusteczkę, wyciera dokładnie całe oko i wkłada z powrotem. Stefan widzi ciemność. - Oj, przepraszam, nie w tę stronę już poprawiam. - Wyjmuje, wkłada odwrotnie. Znowu twarz. - Gdzie? Kto? Jak? Czy ja... Czy ja żyję? Kim pan....eee.... kim pan jest?

- Jaki pan? My tu wszyscy na ty jesteśmy. Tu jest przyjazna atmosfera, która sprzyja rozwojowi. Pewnie masz dużo pytań. Ale ja ci we wszystkim pomogę. Raczej umarłeś. Ale nie martw się, każdemu się może zdarzyć. - Nieznajomy wskazał ręką przeszklony open space. A to jest piekło. Oprowadzę cię.

cdn....

Bajeczka

Potwór przybył z portalu pixabay.com 
Dawno, dawno temu żyła sobie mała dziewczynka. Była to bardzo samotna dziewczynka. Miała bardzo dużo ładnych zabawek, ale i tak  była bardzo smutną dziewczynką. Jak wszystkie małe dziewczynki mieszkała z mamą i tatą. Ale mama i tata byli bardzo zajęci i dużo czasu spędzali w pracy, wtedy dziewczynka zostawała w domu razem z drugą jeszcze mniejszą dziewczynką, która była mała i wredna. Takie mniejsze dziewczynki wyrastają potem na stare, złośliwe kobiety. Dziewczynka miała dużo różnych sekretów, którymi nie chciała się z nikim dzielić. Bała się różnych rzeczy, psów, lasu, a najbardziej bała się cieni, które pojawiały się na ścianie nad łóżkiem gdy było ciemno. Gdy ktoś zapalał światło, to te cienie się gdzieś chowały, ale nie wiadomo dokładnie gdzie, pewnie pod łóżko. Dziewczynka często chowała się przed tymi cieniami pod kołdrą, ale one nie znikały. Opowiadała o nich ludziom, ale nikt jej nie chciał słuchać. Aż pewnej nocy dziewczynka położyła się spać i te cienie zaczęły wychodzić ze ściany i zmieniać się w ludzkie ręce, było ich coraz więcej i więcej, potem z pod łóżka zaczęły wyrastać nowe, jeszcze większe i straszniejsze, aż w końcu dosięgnęły dziewczynkę i zaczęły wciągać ją pod łóżko. Były zimne i włochate. Dziewczynka  złapała się za brzeg łóżka, wyrywała się i krzyczała, ale nikt jej nie słyszał: ani rodzice, ani mniejsza, wredna dziewczynka, która spała w tym samym pokoju. Ręce wciągały ją coraz mocniej, ale ona też trzymała się bardzo mocno, tak że rękom udało się wciągnąć pod łóżko tylko połowę dziewczynki. Potem ręce wróciły po drugą połowę, ale ktoś zapalił światło i wszystkie ręce zniknęły, razem z połową dziewczynki. Rankiem dziewczynka obudziła się i było jej tylko pół. Zaczęła szukać pod łóżkiem drugiej połowy, ale już nie było po niej śladu. Ani po cieniach na ścianie. Ale nikt w domu, ani w szkole, ani na podwórku nie zauważył, że dziewczynki jest tylko pół i nikt nigdy nie pytał co się stało z drugą połową. I dziewczynka dorosła i chodzi po świecie i udaje, że jest w całości, ale w głębi duszy wie, że jest tylko połową, a druga połowa została zabrana przez złe ręce ze ściany i zniknęła przed laty pod łóżkiem w małym dziewczyńskim pokoiku.    

Konstytucja Republiki Zarzecza

Spacerując Zarzeczem. Autor zdjęcia: ja :)
Zarzecze (Užupis) to dzielnica Wilna stanowiąca centrum tamtejszej bohemy. Podczas ostatniej wizyty na Litwie dotarłam do miejsca gdzie w kilkunastu językach na tablicach spisana jest ta niezwykła Konstytucja. Jej treść mnie ujęła :) Niestety nie udało mi się zrobić sensownego zdjęcia tablic moim mieszczącym się w garstce nikonem, bo wszystkie są jakieś takie... prześwitujące. Tak sobie myślę, że, choć sam tekst wywołuje uśmiech,  to nieźle by nam się żyło w myśl tych zasad. 


Konstytucja Republiki Zarzecza:
  1. Człowiek ma prawo mieszkać obok Wilenki, a Wilenka płynąć obok człowieka.
  2. Człowiek ma prawo do gorącej wody, ogrzewania w zimie i do dachu z dachówki.
  3. Człowiek ma prawo umrzeć, lecz nie jest to jego obowiązkiem.
  4. Człowiek ma prawo się mylić.
  5. Człowiek ma prawo być niepowtarzalnym.
  6. Człowiek ma prawo kochać.
  7. Człowiek ma prawo być niekochanym, aczkolwiek niekoniecznie.
  8. Człowiek ma prawo być nieznaczący i nieznany.
  9. Człowiek ma prawo do leniuchowania i nicnierobienia.
  10. Człowiek ma prawo kochać kota i opiekować się nim.
  11. Człowiek ma prawo opiekować się psem, dopóki śmierć jednego z nich nie zabierze.
  12. Pies ma prawo być psem.
  13. Kot nie musi kochać swojego gospodarza, ale w trudnej chwili powinien mu pomóc.
  14. Człowiek ma prawo czasami nie wiedzieć, czy ma obowiązki.
  15. Człowiek ma prawo wątpić, ale nie jest to jego obowiązek.
  16. Człowiek ma prawo być szczęśliwy.
  17. Człowiek ma prawo być nieszczęśliwy.
  18. Człowiek ma prawo milczeć.
  19. Człowiek ma prawo wierzyć.
  20. Człowiek nie ma prawa do przemocy.
  21. Człowiek ma prawo pojmować swą marność i wzniosłość.
  22. Człowiek nie ma prawa porywać się na wieczność.
  23. Człowiek ma prawo rozumieć.
  24. Człowiek ma prawo nic nie rozumieć.
  25. Człowiek ma prawo przynależeć do różnych narodowości.
  26. Człowiek ma prawo obchodzić swoje urodziny albo ich nie obchodzić.
  27. Człowiek powinien pamiętać swoje imię.
  28. Człowiek może dzielić się tym, co ma.
  29. Człowiek nie może dzielić się tym, czego nie ma.
  30. Człowiek ma prawo mieć braci, siostry i rodziców.
  31. Człowiek może być wolny.
  32. Człowiek jest odpowiedzialny za swoją wolność.
  33. Człowiek ma prawo płakać.
  34. Człowiek ma prawo być niezrozumianym.
  35. Człowiek nie ma prawa przenieść swojej winy na innego.
  36. Człowiek ma prawo do prywatności.
  37. Człowiek ma prawo nie mieć żadnych praw.
  38. Człowiek ma prawo się nie lękać.
NIE ZWYCIĘŻAJ
NIE BROŃ SIĘ
NIE PODDAWAJ SIĘ














Trzeba było zostać w domu



Tu będzie o zwiedzaniu. Tak po mojemu. Nie będzie to opowieść o tym co gdzie TRZEBA zobaczyć, o stylach architektonicznych, historii kraju, ani o tym jacy tam są ludzie i jaka mentalność (byłam siedem dni to wiem:). No więc skoro już wiemy czego nie będzie, to może przejdę do tego, co będzie. Ale tak naprawdę nigdy nie wiem co będzie jak zaczynam pisać. Zawsze zaczynam od tego czego na pewno nie. Na blogu i w życiu. Dlatego mi dłużej schodzi zanim dojdę. Ale jak już dojdę to nie ma wiecie czego wiecie gdzie :) 

A na tych fajnych blogach to są takie zdjęcia z wyjazdów, że od razu czujesz zapach tego arbuza o nasyconych barwach, skąpanego w promieniach słonecznych w wyrazisty acz gustowny sposób, no i widzisz tę piękną, kamienistą plażę, gdzie nikt się nie wpierdzielił w kadr i nie widać palucha na zdjęciu. No i zdjęcia niebanalnych miejsc, takich co to nie znajdziesz w przewodniku, no i tam się nie jedzie z all inclusive tylko tak o, samemu, ewentualnie z firmą "ja nie jestem jak ci wszyscy turyści z Polski". A ja lubię robić zdjęcia swoją cyfrówką. A czasem się wyczerpią baterie i robię telefonem. No i tego, tak sobie czasem człowiek myśli (a w większości przypadków sama zuchwale mienię się człowiekiem), że nawet podróżować nie umie tak jak trzeba.
Jak myślę o wycieczkach to w mojej głowie pojawia się myśl, która mnie na takowej często prześladuje, a mianowicie: "gdzie by się tu wysikać". I mnie to bawi jak sobie myślę, że taki podróżnik z drogim plecakiem w hipsterskiej czapeczce, który robi zdjęcia swoją nową lustrzanką, a potem publikuje w internetach pod jakimś enigmatycznym tytułem też sobie czasem myśli "kurde, gdzie by się tu wysikać". Kurde przekształca się powoli w bardziej emocjonalnie zabarwione kurwa lub nosz ja pierdole, w zależności od dziedzictwa kulturowego środowiska, w którym się osobnik obraca no i oczywiście natężenia potrzeby z nizin piramidy Masłowa.
I jak jadę na wycieczkę to zawsze jak się mam pakować to sobie myślę: "trzeba było zostać w domu, tydzień wolnego, a ja się będę tułać", a przecież ja lubię leżeć pod kocem i kontemplować bezsens swojej egzystencji. I ludzkiej w ogóle. No ale jak już się zbiorę w sobie używając siły woli, zmotywowana tym, że zobaczę kawałek świata i ani trochę tym, że przecież już za to zapłaciłam, to pojawia się kolejna trudność - podróż. Wprawdzie rzeczywistość nigdy nie jest tak zła, jak moje wyobrażenia (na pewno zostanę aresztowana na lotnisku za próbę przewiezienia niedozwolonej ilości ibupromu), ale lepiej mieć już to za sobą.
I to ciągłe powtarzanie sobie: "nie przejmuj się, jesteś na wakacjach", toż to skrajny masochizm. A ja mam teraz podróż i niech mi ktoś wreszcie pozwoli odpocząć od tego cholernego obowiązku pozytywnego myślenia! Zatem mój poradnik myślenia po swojemu, a raczej po mojemu: 
Wyślij swoje złe myśli na wakacje. I te dobre też. A może raczej zabierz je ze sobą, niech robią co chcą. Wszystkie kochaj, akceptuj i głaskaj jak kotka, każda jest potrzebna i ważna. I każda chce wypić sobie czasem drinka z palemką. Na czerwono, bo to przekaz jest, refleksja taka.Bo ja tak naprawdę lubię podróże, jak się cieszę to lubię, jak marudzę to lubię, jak zmoknę i się spiekę to też lubię. Najbardziej lubię jak wysiadam z samolotu ze swoim nielegalnym ibupromem i myślę, że znowu się udało :)  Bo kiedyś przeczytałam u pani Beaty Pawlikowskiej na fejsie, że w podróży to jest wszystko tak bardziej i ja się pod tym podpisuję. I jeżdżę głównie po to, żeby było bardziej. No i na dowód, że nie tylko marudzę załączam zdjęcia swoje autorskie cyfrówkowe ze swojej własnej osobistej podróży do Bari i ze swojego pierwszego lotu. 


















Bo ja pisać lubię


Pewnego dnia obudziłam się i stwierdziłam, że to, co chcę w życiu robić to pisać. No dobra, nie poszło to tak łatwo, ale o tym jak wybudzałam się do chcenia napiszę kiedy indziej. A trwało to 28 wiosen. I oto nadszedł ten niedzielny poranek, kiedy otworzyłam przeglądarkę i jak przystało na typowego przedstawiciela pokolenia Y wstukałam w wyszukiwarkę: "Jak założyć bloga" (no dobra, jak założyć bloga za darmo). Otwieram sobie stronkę, która wydała mi się najbardziej przyjazna. Teraz wybieramy nazwę. O czym ja chcę pisać? Ojej, ale ja nie wiem. Trochę podróżuję, ale nie jestem podróżnikiem, trochę czytam, ale nie wystarczająco dużo, nie znam się specjalnie na ogrodnictwie, ani na polityce, ani na kosmetykach. Raczej nie będę sobie robić zdjęć w nowym outficie, a mój rozmiar nie pozwala na pisanie bloga o zdrowym stylu życia, bo by raczej głupio wyszło. Mam za to masę przemyśleń na temat otaczającego mnie świata. Ale o podróżach też bym czasem chciała. Jak coś fajnego przeczytam to też. No dobra, ten tytuł. Niech będzie: "o wszystkim". Wpisuję. Zajęty. To może o niczym? Też zajęty. O wszystkim i o niczym... Znowu czerwony krzyżyk. Hmm chyba nie jestem zbyt oryginalnym twórcą. Bez sensu. Bez sensu też zajęty. Wtedy przypomniały mi się skarpetki znanej mi osobistości z owockami na piętach. Ale świnki lepsze. Nawet nie mam skarpetek w świnki. Ale mogłabym mieć. Skarpetki w świnki były jeszcze wolne. Ale tu nie będzie o skarpetkach. Ani o świnkach. Ani o skarpetkach w świnki czy świnkach w skarpetkach. A może będzie. Tak, świnki w skarpetkach wydają się mi bliskie. Nie będzie to blog motywacyjny, ani demotywacyjny. Nie wiem o czym będzie (nazwa nie wiem też była zajęta), ale będzie, bo ja chcę pisać. Bo ja, proszę państwa, pisać lubię. I koty lubię.  

Ale chciałabym żeby był trochę o tym, że można czasem wątpić, można czasem nie wiedzieć, a jak się upadnie to zanim się wstanie, poprawi koronę, zrobi z cytryny lemoniadę czy odwróci kota ogonem, zanim się weźmie byka za rogi, a sprawy w swoje ręce, to można se chwilkę poleżeć.
O tym, że korona bywa tandetna, czasem to byk bierze na rogi nas, a lemoniada się rozlewa, choć to może i lepiej, bo i tak wyszła za kwaśna. No i trochę o mnie. Jeśli właśnie rozlała ci się lemoniada albo coś i sobie tak leżysz to ułóż się wygodniej i zapraszam do poczytania.

Nie liczy się co autor miał na myśli…

Nie liczy się co autor miał na myśli czyli  "Tomik myśli pijanych" Dziś będzie o poezji, a mianowicie o debiuta...